NIEKONIECZNIE CZARNE CHARAKTERY

NIEKONIECZNIE CZARNE CHARAKTERY

Niektórzy kibice pamiętają go jeszcze z czasów, gdy sam był młodym kibicem machającym trójbarwnym szalikiem i inicjującym doping na trybunach gromkim: Czaaaarni! Dorastał w koszykarskim światku, obserwował wydarzenia na parkiecie, ciekawiło go również to, co dzieje się poza nim. Nim ktokolwiek zdążył wyobrazić go sobie w garniturze i z kontraktami zawodników w ręku – on już dzierżył je w dłoni. Ale zasłużył sobie na to swoją determinacją, ciężką pracą  i pełnym, niemal 24-godzinnym poświęceniem sprawom słupskiej koszykówki. Marcin Sałata – bo o nim mowa – obchodził wczoraj imieniny i z tej okazji rzeczniczka ENERGI CZARNYCH Słupsk – Agata Marzec – postanowiła uczynić go bohaterem kolejnego odcinka cyklu Niekoniecznie Czarne Charaktery.

Jesteś w klubie już parę ładnych lat. W jakich okolicznościach trafiłeś w jego struktury? Na jakim stanowisku wówczas pracowałeś?

Odpowiedź na to pytanie muszę zacząć od odwołania się do mojej biografii: otóż od marca 2009 roku mieszkałem z moją rodziną pod Bielsko - Białą, dokąd udaliśmy się zaraz po moim odejściu z Ratusza. Nie był to wybór przypadkowy, ponieważ moja małżonka pochodzi właśnie z tego miasta. Spotkałem się kilkakrotnie z Prezesem Energi Czarnych - Panem Andrzejem Twardowskim, który opowiedział mi o swoich założeniach dotyczących perspektywy rozwoju klubu, przedstawiając mi rolę, jaką widzi w tym procesie dla mnie. Wizja ta spodobała mi się i po rozmowie z małżonką postanowiliśmy wrócić z półtorarocznej banicji do Słupska. To osoba Prezesa Twardowskiego przekonała mnie do powrotu. Wcześniej pracowałem na stanowisku kierownika w Decathlonie oraz jako kierownik ds. logistycznych  kontaktów międzynarodowych w Silesia Music Center. Dodatkowo pracowałem jako Menadżer ds. VIP na EuroBasket 2009.  Wcześniej byłem asystentem PMS. A od 2003 roku -wraz z Panem Andrzejem Zającem - zajmowałem się jako agent sprowadzaniem zawodników do PLK. Mieszkając na południu Polski, ukończyłem również kurs instruktora koszykówki.

Aktualnie pracujesz na stanowisku Generalnego Menagera. Mówi się, że jeśli ktoś odpowiada za wszystko, tak naprawdę nie odpowiada za nic. W tym wypadku zasada ta jednak nie ma racji bytu… Aczkolwiek wiele osób pyta mnie o to, czym konkretnie zajmuje się w klubie Marcin Sałata. W takim razie nie pozostaje mi nic innego jak zapytać wprost: Czym?

Na pewno nie wszystkim. Zajmuję się wyszukiwaniem zawodników, kontaktami z agentami, przygotowaniem papierów do weryfikacji w lidze, załatwianiem wszystkich formalności związanych z przylotem, licencjami oraz pozwoleniami na pracę zawodników oraz trenerów, omawianiem i przygotowaniem planu pracy na okres przygotowawczy. Do moich obowiązków zawodowych należą także kontakty zawodników z lekarzami. Najważniejsze i wymagające podkreślenia jest to, że muszę być w stu procentach dyspozycyjny czasowo - w razie gdyby jakiś zawodnik mnie potrzebował. A trzeba przyznać, że zdarza się to często, bo koszykarzom przytrafiają się najróżniejsze problemy.

Dlaczego postawiłeś w swoim życiu na koszykówkę? Nie jest to pewny grunt do działania…

Mój kuzyn, były zawodnik Czarnych - Krzysztof Sałata - zaraził mnie tym sportem. A że nie trudno się w nim zakochać, to wiedzą wszyscy fani koszykówki. Każda miłość jest jednak trudna i wymagająca, by ją utrzymać, trzeba sobie jakoś radzić. Zdecydowałem się podjąć ten trud. Dodatkowym aspektem była w tamtym czasie swego rodzaju moda na koszykówkę; regularnie słyszało się hasła takie jakie: Michael Jordan, NBA, liga polska.  Do dzisiaj pozostałem wierny tej  miłości.

W jakim stopniu czujesz się odpowiedzialny za końcowy wynik zespołu i ostateczne miejsce w tabeli?

Klub tworzony jest przez zespół ludzi, którzy tworzą  również drużynę. W naszym klubie nie istnieje sytuacja, w której funkcjonowałoby myślenie typu: gdy wygrywamy, to sukces tworzymy My, gdy przegrywamy, to winny jest  ON. Nie, razem pracujemy i razem jesteśmy za wynik w 100% odpowiedzialni.  A każdy jest rozliczany z tego elementu, za który odpowiada na swoim stanowisku. Myślę, że to uczciwe rozwiązanie.

[gallery link="file" order="DESC" columns="4" orderby="post_date"]

Do czego Marcin Sałata miewa największą słabość charakteru?

Może nie do czego, a do kogo: mam absolutną słabość do mojej rodziny. Bez żony i moich dzieci  nic by mi tak dobrze nie wychodziło. To moja żona, mój syn i moja córka stanowią główną inspirację do działania i starania się o cokolwiek. Wszystko, co robię, robię w imię Boga, wartości religijne są mi bardzo bliskie i nie wstydzę się o tym mówić.

Jesteś człowiekiem wyjątkowo mocno dbającym o rozwój osobisty: skończyłeś wiele kursów, szkoleń, zdobyłeś wiele uprawnień. Czy czujesz się wystarczająco kompetentny, by być dobrym menagerem generalnym?

Rzeczywiście, starałem się w życiu bezustannie rozwijać, ukończyłem studia na kierunku politologia, uzyskałem podyplomówkę z marketingu, zaliczyłem też pozytywnie kurs instruktora koszykówki, kurs sędziego koszykówki, kurs ratownika wodnego. Ponadto pracowałem w siłowni jako trener personalny, aktualnie prowadzę własną firmę consultingową. Przez ostatnie cztery i pół roku uczyłem się prowadzenia klubu od najlepszego prezesa/menagera w Polskiej Lidze Koszykówki – a za takiego uważam Andrzeja Twardowskiego. Ponieważ praktyka jest dla mnie najlepszą nauką, mogę stwierdzić, że dostałem solidne podstawy wiedzy i umiejętności, za które jestem wdzięczny panu prezesowi. Jest to wiedza bezcenna…

Pracowałeś z wieloma szkoleniowcami i zawodnikami, którzy pojawili się w Słupsku w różnym czasie. Które relacje uznałbyś – z perspektywy czasu – za kluczowe i najciekawsze?

Na pewno wiele dobrego dała mi praca ze szkoleniowcem, z którym pracowałem na początku swojej kariery zawodowej w klubie. Bez wątpienia -  Dainius Adomaitis jest dla mnie klasą samą w sobie. Również od Andreja  Urlepa nauczyłem się wiele i tych właśnie trenerów cenię najbardziej i obu bardzo mocno dziękuję za cenne doświadczenia. Uvis Helmanis, Marius Linatas - to również osoby o bardzo silnych charakterach, chętnie dzielili się wiedzą. Jeśli chodzi o zawodników to - bez dwóch zdań - najlepiej pracowało mi się z czarni_slupskem Blassingamem, Stanleyem Burrellem, Bryanem Davisem, Rockym Tricem i Mantasem Cesnauskisem, ale i ze Zbigniewem Białkiem oraz moim imiennikiem - Marcinem Dutkiewiczem - mam nadal dobry kontakt. Natomiast osobą, która mnie cały czas pozytywnie zaskakuje i inspiruje koszykarsko, jest dobrze nam wszystkim znany Mirosław Lisztwan. Z Rafałem Frankiem znamy się już od bardzo dawna i jest to kolejna ważna relacja. Ale każdy z koszykarzy czy trenerów nauczył mnie wielu rzeczy, ponieważ każdy z nich jest inny i specyficzny.

Czy, Twoim zdaniem, polska koszykówka rozwija się w prawidłowym kierunku? Jaka jest Twoja koncepcja polskiej ligi?

Młodzież, młodzież i jeszcze raz młodzież! Tylko pracą od podstaw można coś osiągnąć. System szkolenia powinien być w naszym kraju rozwijany, by każdy, kto ma na ochotę, mógł chociaż przez chwilę zetknąć się z tym wspaniałym sportem.  Najważniejsze, by liga  rozwijała się, gdyż marazm jest, według mnie, cofaniem się. Trzeba stale iść do przodu: małymi krokami, ale do przodu. Do tej pory obowiązuje w lidze przepis o dwóch Polakach na parkiecie, a ja uważam, że powinno ich być w składzie zespołu minimum sześciu, najlepsi niech grają w danym momencie na parkiecie. Każdy z zawodników, który jest w naszym zespole, mógłby się w takiej sytuacji „przebić”, gdyż mamy bardzo dobrych graczy. Trzeba z nimi rozmawiać i cierpliwie uczyć ich, pomagać, gdy pomocy oczekują, a na pewno sobie poradzą. Ja w nich wierzę! Więc szkolenie młodzieży i wewnętrzna rywalizacja w drużynie, to jest mój pomysł na koszykówkę w naszym kraju.

Ale nie samą koszykówką człowiek żyje… W jakich miejscach można spotkać Marcina Sałatę po pracy i co wówczas robi?

Czas po pracy spędzam głównie z moją rodziną. Wiem, że mam go za mało, ale staram się jak mogę. Wiem, że moi bliscy potrzebują mnie w większym zakresie dla siebie (śmiech). W wolnych chwilach dla relaksu oglądam Euroligę lub NBA. Poza tym, przebywam często w szpitalach z graczami lub ich rodzinami (znów śmiech) – w tych miejscach można mnie zastać najczęściej. Bardzo późnymi wieczorami, kiedy już wszyscy w domu śpią, bardzo lubię wyjść  pobiegać. Uwielbiam też czytać książki, odpowiada mi w zasadzie każdy gatunek. Moją ulubioną księgą, do której wracam, jest Pismo Święte. Latem rozkoszujemy się z rodziną słońcem i morzem, oboje z żoną mamy słabość do pływania, dlatego wykorzystujemy korzystną aurę, by pomoczyć się nieco dłużej. W końcu oboje byliśmy ratownikami wodnymi…

Marcinie, bardzo dziękuję Ci za dzisiejszą rozmowę. Muszę przyznać, że choć pracujemy razem wiele lat, udało Ci się dzisiaj zaskoczyć mnie swoimi odpowiedziami. Mam nadzieję, że pozostałych kibiców również. Życzę Ci radości, więcej wolnego czasu dla rodziny i wymiernych efektów pracy na stanowisku generalnego menagera w klubie.

Newsletter

Zapoznałem się z regulaminem i wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych."